W imię Jezusa!
Archiwum kategorii 'Obejrzane'

Ten film zapowiadany był jako najlepszy brytyjski w 2007 roku. Będąc w kinie na innym seansie zobaczyłem jego zajawkę. Sam, czarno-biały, obraz średnio mnie bawił, natomiast w ucho wpadła mi muzyka. Stwierdziłem, że dla niej samej dobrze byłoby Control
zobaczyć. Czy usłyszeć.
Czego by o samym widowisku nie mówić, ścieżce dźwiękowej po prostu nie można niczego zarzucić. Ale po kolei.

Jeżeli ktoś ma na koncie takie filmy, jak trylogia przygód Bourne’a, to już wiadomym jest, czego można się spodziewać. Michael Clayton jednak od Bourne’a różni się wszystkim - to nie jest film akcji, a przynajmniej nie takiej ze strzelaniną na skrzyżowaniach, pościgami i tak dalej. Tutaj rozgrywka toczy się na zupełnie innym poziomie. Poziomie przeważnie nieosiągalnym dla przeciętnego obywatela, nieważne jakiego kraju. Ma się do czynienia z ludźmi, którzy są smutni ze względu na śmierć bliskiego współpracownika, a jednocześnie cieszą się po cichu, że “zniknął” bo były z nim same problemy i zagrażało to kontaktom z ważnym klientem.

Zanim wziąłem się za jego oglądanie, naczytałem się tu i ówdzie wielu bardzo dobrych opinii. O świetnej roli Brada Pitta, o absolutnym odkryciu Caseya Afflecka, super scenografii, niewiele o wartkiej akcji, ale za to sporo o psychologicznych rozgrywkach.
W istocie plusów znalazłem niewiele. Podobał mi się początek filmu bo zanosiło się na coś iście fascynującego. Zawiodłem się jednak strasznie - było długo, nudno, z kiepską i niedobraną muzyką w tle, nietrafionymi dialogami, bez akcji. Irytował mnie też sposób mówienia Afflecka, jakby miał kluchy w ustach - logopeda się kłania jak nic.
MWS: 1/3
Od dziś skala została uproszczona: 1 słaby, 2 średni, 3 świetny. Po co komplikować?

Jakiś czas temu CoSTa o tym filmie/musicalu wspominał. Wspominała o nim również moja girlfriend, która bardzo lubi połączenie Tim Burton + Johnny Depp - ja również, swoją drogą, więc stwierdziliśmy, że trzeba nam się na to wybrać do kina. Tak też się oto i stało, że wczoraj wylądowaliśmy w Multikinie Arkady na premierowym pokazie Sweeney Todd.
Może zanim przystąpię do subiektywnej oceny filmu, pozwolę sobie zacytować o czym on sam jest (za Multikinem, link powyżej):

Mam mieszane uczucia, właściwie po przeczytaniu tego zdania za Wikipedią:
Tu się na chwilę zatrzymamy. Horror? Hahaha ;D Dobre! Jeśli tak miałyby wyglądać horrory to byłoby w kinie bardzo nieciekawie (:
W zasadzie mam co do tego filmu mieszane uczucia. Miejscami był ciężki, Nicolas Cage miał jakieś dziwne jazdy, coś mu się wydawało po kilka razy w różnych wersjach i ostatecznie nie było - dla mnie przynajmniej - do końca jasne, co mu się w czaszce dzieje. Może celowo.

Ostatnio mam trochę więcej czasu, co z pewnością zmieni się od końca września (i dobrze), więc oglądam i czytam sobie więcej. Kiedy zakładałem na blogu kategorię Obejrzane, myślałem sobie zamieszczać tutaj wszystkie zaliczone produkcje. Po pewnym czasie stwierdziłem jednak, że będę zamieszczał tu tylko te, które naprawdę warte są opisania. Wśród ostatnich seansów, te warte wymienienia to Infiltracja
, Źródło
i Ostatni król Szkocji
, ale dziś opiszę inny film. Moim skromnym zdaniem najlepszy z tej fantastycznej czwórki (:

O filmie Next po raz pierwszy dowiedziałem się po przeczytaniu Ostatniego Pana i Władcy
Philipa K. Dicka. Gdzie związek? Next
ma być luźno nawiązującą do opowiadania Złotoskóry
ekranizacją. I jest. I faktycznie luźno (:
Nicolas Cage wygląda jak dziad, nie ma złotej skóry i z całą pewnością lachony nie lecą do niego jak przysłowiowe muchy do lepa. A jednak, wyrwał całkiem przyzwoitą panią, na którą zwróciłem baczniejszą uwagę przy okazji filmu Iluzjonista
- Jessica Biel (powinni zmienić fotę na Wikipedii…).
Wybrałem się do kina z rodzinką moją, na godzinę 22:45. Lubię chodzić do kina, w szczególności o takich porach. Wiedzeni dobrem ogółu, wybraliśmy Iluzjonistę
, ale przez wzgląd na brak dobrych miejscówek i pasującej nam godzinki, padło koniec końców na Kogoś całkiem obcego
My mum, jak to zwykł w swoim zwyczaju, wybadał w gazecie jakąś recenzję. Rzekła ona, iż film wart jest obejrzenia, a w chwilach lekko przynudzających można popodziwiać Halle Berry - wniosek taki, że Bruce’a Willisa podziwiać już nie można (: Obsada nie najgorsza, w założeniu thriller, więc heja - czemu nie?

Jeżeli widzę, że reżyserem filmu jest Steven Spielberg, w roli głównej występuje Tom Hanks i doda się do tego urodę Catherine Zeta-Jones, to już zdaję sobie sprawę, że musi być to coś naprawdę niezłego. Stevena uwielbiam od lat dzieciństwa (”Indiana Jones”, “Gremliny” etc.), Toma od czasu “Forrest Gumpa”, a Catherine… No cóż, zawsze była dobra ;D
Terminal to komedia z wątkiem romantycznym. Cała zaistniała w filmie sytuacja jest tak abstrakcyjna, że nawet nie próbuję się w niej znajdować (myślami, ofcoz). Niektóre sceny rozbrajają (golenie się w łazience na lotnisku, czy np. stary hindus żonglującymi talerzami [wymiękłem jak go zobaczyłem ;D]), ale właściwa akcja zaczyna się skupiać na romansie. Do czasu, pokazania zawartości pewnej puszki z jazzem. Więcej zdradzał nie będę ;)
Film z całą pewnością wart obejrzenia. Produkcja na dzisiejsze standardy starawa (2004 rocznik), ale wykonana perfekcyjnie. Można się i pośmiać, i pozastanawiać. Idealnie obejrzeć z kimś w weekendowy wieczór. Polecem! ;)
MWS: 8/10
Ostatnie komentarze
RSSBrocha, Katka
us3r, Churajia, avalan, localh0st, Churajia, sl3dziu, bayger, PyoterG, Livio
rozie, Hadret, rozie, Livio, Pakos, Hadret, salvadhor, Pakos, nrm, Pan X [...]
Churajia, Hadret, pzientar, Livio
night