Wśród natłoku sieczki, kiczu i masówki, coraz rzadziej można trafić na coś innego. Nie chodzi mi tutaj nawet o tak ekstremalne przykłady jak Incredible Hulk, czy kolejne głupawe komedie z Benem Stillerem, a o, teoretycznie, ambitniejsze produkcje, których nawet nie chciało mi się opisywać na blogu bo szkoda na to miejsca (choć zdarzały się lepsze, a których nie opisałem, jak np. „Ostatni król Szkocji", czy „Źródło"). Ostatnim filmem, który wywarł na mnie podobne wrażenie, co film, który chcę opisać dzisiaj, został opisany ponad rok temu, a jego tytuł brzmi „Reign O’er Me". Był to zdecydowanie jeden z najlepiej do mnie trafiających i przemawiających filmów, a „The Visitor" jest jego znakomitą kontynuacją (oczywiście pod względem gatunkowym, a nie fabularnym). Do rzeczy (:
...