Tradycyjnie (2005, 2006, 2007, 2008, 2009, 2010), choć po piętnastoletniej przerwie, na moim blogu ląduje podsumowanie bieżącego i rzut oka na nadchodzący 2026 rok. Pozwolę sobie pokrótce opisać również rok 2024 jako że był on dla mnie istotny i, pod niektórymi względami, niezwykły. No to wio!

2024

Ten rok stał pod znakiem podróży. Na początku stycznia poleciałem na tydzień na Majorkę żeby, po raz pierwszy, spotkać się z resztą firmy (swój zespół poznałem latem rok wcześniej). Przedziwnie było wylatywać z lodowatego Berlina na hiszpańską wyspę, na której temperatury dochodziły do 20°C i obserwować kwitnące na drzewach pomarańcze i cytryny. Cały wypad okazał się być bardzo udany, choć był to też niezwykle trudny okres w życiu firmy.

Nie ukrywam, hiszpańska zima bardzo mi pasuje...

Nie ukrywam, hiszpańska zima bardzo mi pasuje…

Kiedy wróciłem, nasze rozważania odnośnie powrotu do Polski zaczęły się troszkę nasilać, choć bez przesadnej spiny. Zaczęliśmy myśleć o różnych miejscach, mniej lub bardziej realistycznych, i stwierdziliśmy, że chcielibyśmy zobaczyć Walencję, która stanęła na szczycie tej listy. Niewiele myśląc, na początku lutego polecieliśmy tam na parę dni obczaić co i jak. Znów temperatury przekraczały 20°C i pozwoliły na intensywne zwiedzenie kilku atrakcji. Plaża jest tam nieprawdopodobnie piękna. Zoo i Oceanarium też polecamy uwadze! Byliśmy poza sezonem, więc nigdzie nie było tłumów. Ludzie okazali się być bardzo otwarci i wszelkie interakcje z nimi to była czysta przyjemność. Nie mogliśmy do tego przywyknąć, szczególnie w najmniej oczekiwanych miejscach jak usługi (np. w sklepie, knajpie czy na lotnisku). Obiecaliśmy sobie wrócić do Walencji któregoś lata, może uda się w 2026?

Plaża w Walencji wygląda epicko nawet w lutym

Plaża w Walencji wygląda epicko nawet w lutym

Nie pamiętam, niestety, kiedy dokładnie, ale to musiało być jakoś w tym czasie (t.j. w pierwszym kwartale 2024), kiedy do południa zaczęliśmy z Kejt zwiedzać Berlin—jak turyści. Wybieraliśmy się w różne miejsca, czasem odwiedzając stare śmieci, czasem wizytując coś nowego. Była to miła odmiana, która pozwoliła nam spojrzeć na miejsce naszego zamieszkania z troszkę innej perspektywy.

Pod koniec marca planowaliśmy odwiedzić Polskę wszyscy razem, ale ostatecznie pojechały tylko dziewczyny, jako że Młody się pochorował i z nim zostałem. Odbiliśmy sobie pod koniec kwietnia, kiedy z kolei to tylko ja i on pojechaliśmy celebrować 70 urodziny mojego taty. To był udany wyjazd, mimo że potrwał tylko parę dni.

Viki rzuca piłeczkę kompletnie niezainteresowanej bieganiem Rudej

Viki rzuca piłeczkę kompletnie niezainteresowanej bieganiem Rudej

Na początku lipca poleciałem do Gdańska (przez Warszawę), żeby wraz z bratem wziąć udział w Open’erze i zobaczyć na żywca Foo Fighters! Fenomenalne wydarzenie i nie pomnę kiedy ostatnim razem bawiłem się tak dobrze jak wtedy! Do tego wszystkiego mieliśmy choć trochę czasu, żeby zwiedzić Gdańsk, do którego na pewno będę chciał kiedyś wrócić. Piękne miasto.

Foo Fighters! 🤘🏻

Foo Fighters! 🤘🏻

Na przełomie sierpnia i września ruszyliśmy całą rodziną do teściów na wieś. Opracowaliśmy przy tym z Kejt niecny plan porzucenia dzieciaków z dziadkami i wyruszenia na jedną nockę do Wiednia na… Koncert Coldplaya! Cały ten wypad był mega szalony, ale wszystko wypaliło idealnie. Oba koncerty które zaliczyłem tego lata były znakomite i jestem bardzo szczęśliwy, że udało nam się tego dokonać.

Niestety, po powrocie do Berlina zastał mnie list od żony mojego najlepszego przyjaciela, z informacją o jego niespodziewanej, tragicznej śmierci w czasie własnego urlopu. Poznaliśmy się z Janem jeszcze w erasys i od tamtego czasu rozmawialiśmy/pisaliśmy ze sobą codziennie, również już po jego powrocie do Pragi. Nadal trudno mi się pogodzić z tym, że go nie ma. Jest tak wiele rzeczy, radości i trosk, którymi chciałbym móc się z nim podzielić… Memento mori.

Z Janem latem 2015 roku, tuż przed jego zjazdem do Pragi i narodzinami mojej córeczki

Z Janem latem 2015 roku, tuż przed jego zjazdem do Pragi i narodzinami mojej córeczki

W połowie października poleciałem, tym razem, do Szkocji na drugi w tym roku zlot firmowy. Podobnie jak za pierwszym razem, tak i tutaj miejsce było nieziemskie—autentyczny pałac! Presja była dużo mniejsza, jako że nie był to już mój pierwszy raz, część ludzi już znałem i łatwiej było się wpasować. To był jeden z najlepszych momentów od kiedy zacząłem pracować dla Ghosta.

Chilloucik 🍺

Chilloucik 🍺

Pod koniec października wziąłem oba dzieciaki w ostatnią podróż tego roku do Polski. Jak się okazało, był to jeden z naszych najlepszych wyjazdów. Pogoda była jak marzenie—w jeden dzień poszliśmy do wrocławskiego Zoo i było tak ciepło, że łaziliśmy w krótkich rękawkach jedząc (ostatnie w sezonie) lody. W czasie kiedy wracaliśmy do Berlina zaczęły się nasze pierwsze, poważniejsze problemy z Finanzamtem. Nasze konto bankowe zostało zablokowane przez błąd w kwartalnych wpłatach za podatki, co pociągnęło za sobą całą masę problemów, których odkręcanie zajęło nam następnych parę tygodni. Naprawdę mogło się to odbyć w inny sposób, no ale cóż…

Pogoda tak piękna, że można było łazić w krótkim rękawku. W październiku!

Pogoda tak piękna, że można było łazić w krótkim rękawku. W październiku!

To był rok, w którym napodróżowałem się za wszystkie czasy. Miałem też spory dół, kiedy dowiedziałem się o moim przyjacielu. Dostaliśmy też zapowiedź przyszłych problemów z Finanzamtem, jakie zmierzały w naszym kierunku… Całościowo, był to jeden z najintensywniejszych okresów w moim życiu.

2025

Dobra, do rzeczy. W Nowy Rok wszedłem z pewnym takim wyczekiwaniem, że lada moment rozpocznie się podróżowanie, to tu, to tam. Styczeń jednak przeleciał bez większego echa i dopiero na początku lutego, nieco spontanicznie, wziąłem oba dzieciaki i pojechałem w odwiedziny do mamy. Na urodziny Młodego, 10 lutego, byliśmy już jednak z powrotem i to było na tyle podróżowania. Nie mogłem znaleźć sobie miejsca, ciągle czekając na wydarzenia, które nie następowały i siedząc nieco na uboczu własnego życia.

Nastał marzec, a ja wciąż wiłem się i kręciłem nie mogąc znaleźć swojego miejsca. Do tego wszystkiego narobiłem sobie drobnych kłopotów w robocie—nic wielkiego z tego nie wyszło, ale też nie poprawiło mojego ogólnego samopoczucia. To był też pamiętny miesiąc w którym otrzymałem z Finanzamtu list informujący mnie o zaległej wpłacie na… Ponad 9000€! To nie wszystko, w liście tym zostało jasno napisane, że to nie jest coś jednorazowego, tylko od teraz będę miał do uiszczania dodatkowe kwoty tego typu… Regularnie.

Dobrego ma lewusa!

Dobrego ma lewusa!

W kwietniu dziewczyny zaczęły się na całego szykować do wylotu do Chin. Bilety na to przedsięwzięcie zostały zakupione z rocznym wyprzedzeniem i na ten moment nie było odwrotu. Poleciały na dwa tygodnie w najlepszym możliwym okresie (Wielkanoc)—temperatury wciąż były do wytrzymania, a przy tym było poza sezonem, bo ferie owszem były, ale w szkołach niemieckich, a nie chińskich.

Takie mury to tylko w Chinach

Takie mury to tylko w Chinach

Ja z Młodym zostaliśmy, ale na Wielkanoc przyjechał do mnie brat z mamą i zacząłem z nimi rozmawiać odnośnie moich problemów ze Skarbówką. Męczyło mnie, że nie rozumiem skąd ta kwota się w ogóle wzięłą, dlaczego przyszła nagle jak grom z jasnego nieba i, przede wszystkim, smutny fakt, że nie mogę tego zwyczajnie wyjaśnić dzwoniąc tam. Cały kwiecień i dużą część maja miałem zrujnowane. Ze stresu nie mogłem spać ani myśleć o czymkolwiek innym, cały czas kombinując co robić.

Ostatecznie dokopałem się do sedna, udało mi się odwołać od tej decyzji i nic zapłacić nie musiałem. Faktem jednak jest, że na koniec tej przygody byłem wrakiem człowieka. I właśnie wtedy Kejt napomknęłą, że myśli poważnie czy nie zjechać do Polski jeszcze w tym roku. Kiedy tylko dyskutowaliśmy o możliwości powrotu, wyznaczyliśmy sobie górną granicę na pójście naszej córki do 4 klasy—gdyby poszła do niej już w Niemczech, to najpewniej byśmy zostali. Na przestrzeni ostatniego roku, o czym wspominałem wyżej, rozważaliśmy różne scenariuesz, między innymi z tego powodu odwiedziliśmy Walencję. Tym razem jednak wiedzieliśmy, że to co innego, bo żadne z nas nie wciskało pedału hamulca—obydwoje, zgodnie, stwierdziliśmy, że tak, lecimy z koksem.

W maju z dobrym kumplem poszliśmy na GrafanaCON i przy okazji wdepnęliśmy do muzeum technologii, gdzie znalazłem GameBoya jakiego miałem w dzieciństwie!

W maju z dobrym kumplem poszliśmy na GrafanaCON i przy okazji wdepnęliśmy do muzeum technologii, gdzie znalazłem GameBoya jakiego miałem w dzieciństwie!

Pod koniec maja zaczęliśmy na poważnie rozglądać się za wynajmem mieszkań we Wrocławiu. Z jednej strony jest to łatwe o tyle, że nie brak tu nieruchomości na wynajem, ale z drugiej, szukaliśmy czegoś bardzo… Specyficznego. Zjeżdżaliśmy z chaty liczącej ponad 110 m2 i minimum naszych wymagań były osobna sypialnia i pokoje dla dzieciaków. Po kilku false startach, nagrałem oglądanie bardzo obiecującego mieszkania, które nadal mieściło się w naszym budżecie. Od tego momentu wszystko poszło już relatywnie sprawnie i do połowy czerwca najważniejszą kwestię mieliśmy załatwioną—mieliśmy gdzie zjechać!

Znając lokalizację poczęliśmy organizować pozostałe niezwykle istotne kwestie, takie jak miejsce w szkole dla córki, miejsce w przedszkolu dla syna, czy założenie własnej działalności gospodarczej w Polsce, żeby móc się tu przenieść z moją robotą. Jasnym jest, że nie wszystko to działo się w jeden dzień, ale tego czasu, wbrew pozorom, nie było za wiele. Większość tych rzeczy mogliśmy załatwić zdalnie, będąc jeszcze fizycznie w Berlinie. Zdumiewa mnie (nadal!) poziom cyfryzacji w Polsce, bo jestem zwyczajnie do tego nieprzyzwyczajony. Pisząc szczerze, mieliśmy też niebywałe szczęście i pomyślne wiatry z całymi tymi przenosinami…

Berlin żegnał nas deszczowo

Berlin żegnał nas deszczowo

Ilość pakowania, rzeczy do wyrzucenia i rozdania jaką nazbieraliśmy przez 10 lat życia w Niemczech i z dwójką dzieciaków przechodzi ludzkie pojęcie. Nigdy wcześniej nie przenosiliśmy się też z meblami, a przynajmniej ich częścią, co dodatkowo przyczyniło się do zawrotów głowy z tym wszystkim związanych. Jeny, jak dobrze jest mieć to już za sobą i pisać z perspektywy kilku miesięcy 😅 Szczęśliwie znaliśmy firmę do przeprowadzek i mając wszystkie zmienne (kiedy, co i gdzie), mogliśmy zacząć nagrywać dzień 0, w którym wymeldowujemy się z naszej chaty i zjeżdżamy do kraju.

Iza też pomagała w pakowaniu. To jej szósta przeprowadzka w życiu

Iza też pomagała w pakowaniu. To jej szósta przeprowadzka w życiu

Do Polski zjeżdżaliśmy na raty—najpierw Kejt z dzieciakami i kotem zatrzymała się u teściów w domku pod Wrocławiem, a ja w tym czasie wykańczałem pakowanie i szykowanie i domykanie wszystkiego. Szczęśliwie ojciec i brat przybyli mi z pomocą—we trzech chłopa wszystko stało się dużo łatwiejsze. Pomimo wszystkich pomyślnych wiatrów i wszelkiej pomocy, jaką otrzymaliśmy, doprowadziłem się do stanu całkowitego fizycznego i psychicznego wypompowania. W momencie kiedy już zaczynaliśmy rozpakowywanie we Wrocławiu, czułem się jak we śnie żyjąc nie swoim życiem, jakbym stał z boku.

Ziemia nadal się kręciła, życie toczyło się dalej i krok po kroku trzeba było iść naprzód. O czym nie wspomniałem, to fakt, że jak to czasem się składa, w robocie też było wyjątkowo pracowicie i stresująco. Szykowaliśmy się z wydaniem wersji 6 Ghosta i było wiele rzeczy, które trzeba było dopiąć zanim to nastąpiło. Był to bardzo wymagający i stresujący czas.

W Polsce najgorsza obsuwa jaka mnie spotkała przyszła w kwestii połączenia z Internetem. Wiedziałem że będę chciał łącze wziąć najlepsze możliwe na firmę, a to wydłużyło czas realizacji (t.j. firma musiała już oficjalnie funkcjonować, żebym mógł zamówić przyłączenie, a to z kolei wymagało wolnych terminów u technika) o jakieś trzy tygodnie. Przez te trzy tygodnie bujałem się pracując od mamy lub brata na zmianę, co nie było takie złe, ale trudno było mi znaleźć rytm, żeby dostarczyć coś wartościowego.

Szczęście jednak znów dopisało, jako że po wydaniu wersji 6 Ghosta, wszyscy łapaliśmy głęboki oddech i zwalnialiśmy tempo, zajmując się bardziej bieżącymi problemami niż nowymi, dużymi projektami. Kiedy w końcu wjechał mi do mieszkania Orange ze swoim światłowodem 8G/1G (sic!), mogłem wreszcie przestać się krzątać i zacząć pracować jak należy od siebie.

Kolejne tygodnie upływały nam głównie na rozpakowywaniu kartonów i kupowaniu i składaniu brakujących mebli (takich których albo nie przewieźliśmy, albo których musieliśmy się wyzbyć bo się nie pomieściły). To ile razy odwiedziłem w sierpniu i wrześniu IKEĘ powinno przejść do księgi rekordów Guinnessa… Ale pojawiły się też nowe możliwości, takie jak odwiedziny i spotkania z mamą, bratem, ojcem czy teściami—przy tym są to inne, kilkugodzinne spotkania, a nie wizyty na kilka dni z noclegami itd. Częściej i dużo wygodniej.

Przy okazji przenosin sprawiłem sobie nowe biurko, polecam

Przy okazji przenosin sprawiłem sobie nowe biurko, polecam

Na początku września dzieciaki ruszyły do nowej szkoły i przedszkola. To jedna z kwestii, które nadal się w niektórych aspektach docierają, ale wszystko idzie do przodu i to jest najważniejsze. Szkolnictwo, generalnie, wygląda inaczej w Polsce niż w Niemczech, ale może ten temat zostawię na inny wpis.

W połowie września ruszyłem na tegoroczny, tygodniowy zlot firmowy. Wróciliśmy na Majorkę (dokładnie ta sama lokalizacja), tym razem latem. Cudowna pogoda, super basen i morze w pobliżu. Moim celem było wypocząć jak to tylko możliwe, ale jak się okazało, było dość pracowicie. Udało mi się spędzić świetny czas we wspaniałym towarzystwie, czułem jednak w kościach nadal echa przenosin z końca lipca. Znaczy, byłem po prostu zmęczony.

Pływu pływu

Pływu pływu

Kiedy wróciłem, moim głównym celem było znalezienie nowego rytmu. Wiedziałem, że muszę mierzyć siły na zamiary i próbowałem wyciskać z siebie najwięcej ile się da zanim dzieciaki wracały z placówek i dokańczać pomniejsze bóstwa, kiedy były już w domu. Poza tym, wypełnialiśmy czas urządzając wszystko do naszych potrzeb i zamawiając wszelkie potrzebne nam rzeczy. Na tym, w dużej mierze, upłynęły nam ostatnie miesiące.

To był bardzo trudny rok. Jestem dumny, że udało nam się przenieść z powrotem do Polski w tak krótkim czasie, choć okazało się to być bardzo kosztowne (na kilku poziomach, nie tylko finansowo). Nadal pewne kwestie na nas trochę wiszą i nie wszystko jest całościowo domknięte po stronie niemieckiej. Np. nadal muszę się rozliczyć za styczeń-lipiec tego roku, co zamierzam zrobić w pierwszym kwartale roku przyszłego. Będę do tego potrzebował wyliczeń od ubezpieczyciela zdrowotnego, co będzie z całą pewnością trudne, jako że nie jestem już ich klientem i nie mam u nich już żadnego konta… Nie jest to jednak nic nowego i czego nie robiłem w przeszłości, więc na pewno coś się tutaj wymyśli.

2025 to była taka trochę sinusoida. Niewiele się działo w pierwszej jego części, potem nagle wszystko dostało mega przyspieszenia, które trwało mniej więcej od maja do września i potem znów nastąpił spadek na intensywności. Sporo stresu, ale wiele też udało się osiągnąć. Patrzę optymistycznie na nadciągający rok, choć nie bez obaw, przynajmniej w niektórych aspektach. Do siego roku! 🥂