
Richard Bachman brzmi raczej nijako, ale kiedy dodaje się: to pseudonim Stephena Kinga, od razu zmienia się postać rzeczy. A przynajmniej można mieć taką nadzieję.
Podobno do napisania Wielkiego marszu inspiracją była rzeczywista sytuacja zaistniała w trakcie II wojny światowej, którą nazwano Marszem śmierci. Tyle, że przytoczony link odnosi się do innych wydarzeń. Pozwolę więc sobie przytoczyć, co zostało o tym wydarzeniu napisane w samej książce:
Chodzi o słynny Marsz Śmierci, czyli drogę, którą amerykańscy i filipińscy obrońcy półwyspu Bataan (Filipiny) odbyli pieszo przez wyspę Luzon do japońskiego obozu jenieckiego podczas drugiej wojny światowej (1942). Był to typowy marsz na wyczerpanie. Jeńcy, którzy nie mieli siły iść dalej, byli zabijani; olbrzymia część żołnierzy, którzy skapitulowali, zginęła po drodze. Prawdopodobnie to właśnie wydarzenie było bezpośrednią inspiracją do napisania przez Stephena Kinga tej powieści.
…dalszy ciąg »

Kto to jest Yann Martel? Co ma oznaczać ten tytuł? Życie Pi? To jedna z tych książek, która może i wpadłaby jakoś w moją rękę, ale z całą pewnością nie wypożyczyłbym jej. Nieznany autor, dziwny tytuł i taka sobie okładka. Wiem, wiem, książki nie ocenia się po okładce, ale to byłby tylko jeden z czynników. Byłby.
Złożyło się jednak, że mam dziewczynę, która tę książkę przeczytała i… wypożyczyła ją także dla mnie. Miło. Ba! Bardzo miło! Pozycja okazała się być prawdziwą bombą.
…dalszy ciąg »

Ferie, co prawda, nie trwały długo, ale coś nie coś sobie poczytałem. “Strefa Śmierci” / “Martwa Strefa” (spotykałem się z obydwoma tytułami, pozwolę więc sobie posługiwać się nimi naprzemiennie) trafiła w moje niecne ręce trochę przypadkowo - zainteresowałem się starą i wymiętoloną przez czas książką z dziwną, “podwójną” okładką (odsyłam do wydania I z 1993 r.) za 75.000 zł. Dość gruba, liczy sobie ok. 460 stron, została mi pożyczona przez my girlfriend. I dobrze się stało.
…dalszy ciąg »
W zasadzie kiedy trwała jeszcze sesja, nie zastanawiałem się nad tym, co też będę robił przez ferie. Nie miałem jakichś niewyobrażalnych planów, że skończę to i tamto, że zajmę się tym a tym, że wreszcie wezmę się za to a za to. Nie. Zupełnie nie. Skupiałem się na egzaminach i kiedy wreszcie całe zamieszanie się skończyło, a indeks wpakowałem do koszyczka w dziekanacie, odprężyłem się. Po prostu. Nadrobiłem zaległości filmowe (w brudnopisie wisi kolejna recka, a zakładam, że w najbliższym czasie może pojawić się ich jeszcze parę), poczytałem książki (tym razem nie obowiązkowe lektury, a dla przyjemności/rekreacji/zabawy/i tak dalej), poświęciłem czas dziewczynie (patrz niżej) i takie tam. Standard, jednym słowem. Wiadomo.
Przy okazji aktualizowałem bloga w miarę na bieżąco i skleciłem kilka wpisów na zaś. Bardzo rzadko to robię, a szkoda, bo to szalenie wygodne (:
…dalszy ciąg »

“Buszujący z zbożu” była książką, po którą chciałem sięgnąć już bardzo dawno temu. Nie dlatego, że słyszałem o J. D. Salingerze albo też przeczytałem któreś z jego wcześniejszych (tudzież późniejszych) dziełek albo że dowiedziałem się o nim w szkole (choć teraz, zdaje mi się że od kogoś to niedawno usłyszałem, jest to lekturą - informacja do potwierdzenia przez kogoś aktualnie uczącego się, zakładam, w gimnazjum lub liceum). Nie. Książka ta urosła do rangi niemalże kultowego dzieła, z którym po prostu winno się zapoznać. Tak jak powinno się znać “Rzeźnię numer pięć[...]“ Kurta Vonneguta.
…dalszy ciąg »

Jak powszechnie wiadomo, jestem ateistą. Długi, długi czas wychodziłem z założenia, że nikogo nie powinno interesować w co wierzę lub nie, a i ja nie będę pakował swojego wielkiego nochala w czyjąś wiarę. Czasami czułem się nawet lekko zażenowany (szczególnie przy jakichś uroczystościach, jak np. ślub), że nie wierzę, że nie znam tych wszystkich śmiesznych religijnych obrządków, że nie umiem się przeżegnać, że z Biblią miałem do czynienia po raz pierwszy w szkole, przy analizie jej fragmentów (a już bardziej konkretniej całkiem niedawno, już na studiach) i tak dalej. Nie będę się tu rozczulał, ale nie zawsze było łatwo wytłumaczyć komuś, że się nie wierzy i że w kościele było się dwa, czy trzy razy w swoim życiu.
…dalszy ciąg »
Ostatnie Hej! Co słychać? ;) miało miejsce w listopadzie. Tak, 2007 roku. Przydałoby się więc trochę zaległości nadrobić. Po kolei.
Dopadła mnie sesja. Mam za sobą dwa egzaminy (oba do przodu) i przed sobą dwa następne (jeden prosty, drugi z własnej głupoty niezaliczony w “przed-terminie” [de facto w "przed-sesji", ale nvm]). Najważniejsze, że do przodu i z perspektywami na dalszy ciąg (:
Jak wiadomo, czas sesji raczej wysysa z człowieka resztki czasu (i nie tylko tego, mam wrażenie). Nie znaczy to jednak, że nastąpiła jakaś straszliwa stagnacja, a Hadret niczego innego nie robi tylko dłubie w książkach. C’mon, przecież nie po to się studiuje, ne? :P …dalszy ciąg »

Może na wstępie parę słów o książce Sztuka efektywności
(ang. Getting Things Done
) Davida Allena. Ogólnie poradniki wszelkiego rodzaju nie są specjalnie pasjonującą lekturą. Nie inaczej było i tym razem, niestety. GTD nie jest fascynującym dziełem, trzymającym w napięciu, które czyta się w każdym miejscu, niezależnie od pory i samopoczucia. No i dobrze, bo nie do tego książka została napisana. Jednakże to, co już naprawdę mnie irytuje, to powtarzanie non-stop tego samego, jak jakąś mantrę. W ogóle, jak patrzę na to GTD w szerszy sposób, to zaczyna to przypominać jakiś kult, wyznanie, czy religię - daleko szukać nie trzeba: http://lifehacker.com/software/gtd/. …dalszy ciąg »

Poruszająca historia zwyczajnej miłości niezwyczajnych ludzi.
Sam pomyślałem sobie z początku, że to jakieś cholerne romansidło dla kobiet w średnim wieku. Dodajmy do tego, kobiet sukcesu, kasiastych i którym do szczęścia brakuje już wyłącznie tej jedynej, niepowtarzalnej, bla bla bla, miłości. Serio, tak sobie myślałem, ale tylko do czasu, kiedy zacząłem czytać. Wtedy coś się stało. Coś dziwnego. Wciągnęło mnie (:
Miłość ponad czasem
jest debiutem literackim profesor Columbia College Chicago Audrey Niffenegger. Debiutem cholernie udanym, należy dodać. Zanim napiszę coś więcej od siebie, pozwolę sobie wstawić taki cytat:
…dalszy ciąg »

Rodman Philbrick jest mi całkiem obcym pisarzem. Nie znałem wcześniej żadnej z jego książek, a pierwszą która dostała się w moje niecne ręce stał się Dziewiąty Krąg
(ang. Nine Levels Down
). Wynika z tego, że to nie za dobrze, bowiem książka zarządziła. Ale niech no zacznę od początku.
Odnoszę ostatnimi czasy, nie wiem czy słuszne, wrażenie, iż największą bolączką autorów jako takich jest wcielanie się w rolę płci przeciwnej. Pomyślałbym sobie, że to normalna sprawa, gdyby nie Dolores Claiborne
Stephena Kinga.
…dalszy ciąg »
Ostatnie komentarze
RSSbartkorn, cimlik, Churajia, Katka, Barbara J.
szikaka, Marduk, Hadret, Marduk, salvadhor, ximian, tockar, Hadret, mario_7, ximian [...]
ricken, salvadhor
Hadret, zacol, Hadret, Pakos, Nemeczek, ximian, seven
Livio, iWicko, Hadret, GrzegorzJZD, daris, tockar, sajnti, Gingerus, daris, yoshi314 [...]